Istotą edukacji jest relacją między uczniem a nauczycielem – wywiad z Sir Kenem Robinsonem!

Sir Ken RobinsonZ Sir Kenem Robinsonem rozmawia Aleksander Baj

Jestem bardzo ciekaw twojego zdania w sprawie, która jest dziś niezwykle ważna dla edukacji w Polsce. Zgodnie z obowiązującym prawem, w 2015 roku po raz pierwszy do szkoły pójdą sześciolatki. Dotychczas dzieci zaczynały szkołę w wieku siedmiu lat. Sprawa budzi tak duże kontrowersje, że Prezydent postanowił pozostawić ją do rozstrzygnięcia obywatelom w referendum. Jak ty byś zagłosował?

Dla mnie ważne jest nie tyle to, w jakim wieku dzieci zaczynają szkołę, ale w jaki sposób je na początku uczymy. Jeśli w Polsce dzieci mają rok wcześniej być przygotowywane do standaryzowanych egzaminów i wkuwać wiedzę siedząc w ławkach, to oczywiście zagłosowałbym przeciw. Ale jeśli miałby to być rok takiej edukacji, za którą się opowiadam, a więc pozwalający dzieciom na swobodną zabawę, pracę nad projektami, spędzanie czasu razem, cieszenie się z przebywania w szkole i nawiązywania znajomości, to jestem zdecydowanie za.

Moje dzieci poszły do żłobka bardzo wcześnie, ale świetnie się tam bawiły. Jeśli dzieci w Polsce mają pójść do szkoły wcześniej kosztem czasu na kreatywną zabawę czy na uspołecznianie się, czego w tym wieku potrzebują, to widziałbym w tym duży problem.

W wielu krajach wdrażanie spersonalizowanego podejścia do edukacji, jakie rekomendujesz, opartego na szerokim programie i zróżnicowanych metodach nauczania, utrudnia obowiązek szkolny i związane z nim krajowe standaryzowane egzaminy. Czy zatem uważasz, że edukacja powinna być obowiązkowa?

Trzeba tu uważać, żeby postawić właściwe pytanie. W książce Kreatywne szkoły piszę o tym, że każdy z nas żyje w dwóch światach – zewnętrznym, który istnieje niezależnie od tego, czy my istniejemy, oraz w wewnętrznym – świecie naszych myśli, uczuć, doświadczeń i poglądów, który istnieje tylko dlatego, że my istniejemy.

Moim zdaniem najważniejsze jest to, żeby wszystkie dzieci miały szansę zgłębić oba te światy. Problem bardzo często tkwi w tym, że w wielu krajach systemy edukacji, promując intensywne współzawodnictwo i opierając się na wąskim podejściu do nauczania, nie zapewniają do tego odpowiednich warunków. W Stanach Zjednoczonych coraz więcej rodziców zabiera dzieci ze szkół i decyduje się na alternatywne metody nauczania, takie jak edukacja domowa czy kształcenie w różnego rodzaju społecznościach, , aby dzieciom takie warunki zapewnić. Rozumiem takie postępowanie.

Jednak optuję za tym, by wdrażać takie warunki we wszystkich szkołach. Wielu rodziców nie może ich samodzielnie zapewnić swoim dzieciom – z powodów finansowych, społecznych czy innych. Dla wielu dzieci zorganizowana edukacja jest najlepszą możliwością. Dlatego poświęcam tak wiele czasu starając się ulepszać szkoły. W rzeczywistości chodzi nie o to, czy dzieci powinny chodzić do szkoły czy nie, tylko o to, jakie szkoły im oferujemy.

Więc nie uważasz, że różnego rodzaju alternatywne formy kształcenia, które są dziś dostępne, są co do zasady lepsze niż edukacja publiczna?

Każda forma edukacji może być niezwykle efektywna i każda może być beznadziejna. Znam osoby, w przypadku których edukacja domowa sprawdziła się doskonale i znam takie, dla których się nie sprawdziła. Znam fantastyczne szkoły publiczne i znam takie, które nie robią dla dzieci nic dobrego.

Są dzieci, które wspaniale rozwinęły swój potencjał nie otrzymując żadnego wykształcenia, jak na przykład pokazany w głośnym dokumencie Alfabet André Stern. Niektórzy posługują się jego przykładem by argumentować, że szkoły w ogóle nie są dzieciom potrzebne. To bardzo niebezpieczne rozumowanie. Mam przyjemność znać zarówno André, jak i jego ojca Arno. Arno jest artystą i potrafił pobudzić wyobraźnię i zaangażowanie swojego syna w niezwykły sposób. Nie każde dziecko ma taką możliwość.

Przy tak wielkiej skali, z jaką mamy do czynienia w przypadku edukacji, musimy starać się uczynić systemy publicznej edukacji jak najlepszymi. A z całą pewnością znacznie lepszymi, niż są teraz.

Nie ukrywam, że niecierpliwością czekałem na twoją książkę poświęconą edukacji. Od czasu słynnej prelekcji na konferencji TED byłem ciekaw, jaka jest twoja całościowa wizja i koncepcja przemian współczesnych szkół i systemów. W książce Kreatywne szkoły zaczynasz rozważania od tego, że dziś musimy przede wszystkim na nowo odpowiedzieć na pytanie: po co jest edukacja. Jaka jest więc twoja odpowiedź?

Rzeczywiście uważam, że podstawowym pytaniem jest pytanie o cel edukacji, bo ludzie mają na ten temat bardzo różne poglądy. Nie mając jasności co do tego, czego chcemy od edukacji, trudno odpowiedzieć na pytanie: jak cel osiągnąć. Niektórzy patrzą na edukację jedynie w kategoriach gospodarczych twierdząc, że jej najważniejszym celem jest wykształcenie odpowiedniej siły roboczej, by cały kraj miał się dobrze.

Moim zdaniem najważniejszym zadaniem edukacji jest pomóc dzieciom zrozumieć świat wokół nich oraz ich świat wewnętrzny. Żeby to osiągnąć, potrzebujemy przede wszystkim szerokiego programu nauczania oraz zróżnicowanych form kształcenia.

kreatywne szkoły_okladka_na kenrobinsonW książce Kreatywne szkoły wyodrębniam cztery najważniejsze cele edukacji: gospodarczy, społeczny, kulturowy i osobisty. Ten ostatni jest szczególnie ważny, bo kluczowe jest według mnie to, że wszyscy rodzimy się z niezwykłymi talentami i z ogromnym potencjałem. To, czy je rozwiniemy i czy wykorzystamy ten potencjał zależy przede wszystkim od warunków, w jakich jesteśmy kształceni.

Propaguję więc takie formy kształcenia, które są spersonalizowane i pomagają uczniom rozwinąć ich indywidualne zainteresowania i talenty, a także są bardziej dostosowane do warunków zewnętrznych. Dzieci wychowujące się w Los Angeles mogą mieć pewne wspólne problemy z tymi wychowującymi się w Gdańsku, ale mają też problemy właściwe tylko tym społecznościom, w których żyją, dlatego edukacja powinna także być dostosowana do konkretnej kultury, do lokalnych okoliczności, powinna angażować lokalną społeczność i być jej częścią.

Najważniejsze są więc według mnie dwie rzeczy: personalizacja edukacji i dostosowywanie jej do konkretnych okoliczności.

Wielu nauczycieli ma w klasie trzydzieścioro dzieci i musi przygotować je do standaryzowanych egzaminów. Wydaje się, że trudno w takich warunkach spersonalizować edukację dla każdego ucznia i rozwijać jego indywidualne zainteresowania.

To całkowicie możliwe. W książce podaję mnóstwo takich przykładów. Wszystko sprowadza się do pedagogiki i programu nauczania. Ostatecznie w edukacji chodzi o ludzi – o konkretne dziewczynki i chłopców, którzy mają własne życie, zainteresowania, pasje, talenty i znajdują się w określonych okolicznościach.

Jeśli zakładamy, że rolą nauczyciela jest zawsze stać z przodu klasy, przekazywać wiedzę i kontrolować grupę, to personalizacja nauczania rzeczywiście wydaje się niezwykle trudnym zadaniem. Ale nauczyciele mają do dyspozycji wiele metod i strategii. Nie twierdzę oczywiście, że powinniśmy całkowicie odejść od nauczania bezpośredniego, bo w niektórych przypadkach jest ono jak najbardziej właściwe. Uważam natomiast, że powinniśmy wprowadzać różnorodne podejście do nauczania, poprzez częstsze wykorzystywanie pracy w grupach, nauczania opartego na szukaniu odpowiedzi na pytania, realizowaniu praktycznych projektów i na innych kreatywnych aktywnościach. Powinniśmy zadbać o to, by dzieci nie siedziały wyłącznie w ławkach, ale by mogły być w szkole fizycznie aktywne. Powinniśmy pobudzać ich zainteresowanie sztuką, praktycznymi zastosowaniami nauk ścisłych czy techniki. To daje także nauczycielowi więcej czasu na pracę z poszczególnymi uczniami.

Ogromne możliwości personalizowania edukacji dają nam dzisiaj nowe technologie.

Żadne z tych rozwiązań nie jest nowe. Posłużę się własnym przykładem. Poznałem swoją żonę, kiedy pracowałem nad projektem dotyczącym nauki dramatu w Wielkiej Brytanii. Ona była nauczycielką i miała w klasie czterdzieścioro dwoje dzieci. Była tam fantastyczna atmosfera współpracy i aktywności. I dotyczyło to nie tylko jej grupy, ale całej szkoły. A to było czterdzieści lat temu.

Tak naprawdę chodzi o to, jak organizujemy nauczanie. Czasem problemy, które musimy rozwiązać, wywołuje sam system. Kiedy zmienia się system, wiele problemów znika.

W książce pięknie piszesz o tym, iż istotą edukacji jest relacja między uczniem a nauczycielem. Jeśli ta relacja nie działa, system nie działa…

…i w żaden sposób nie przesadzam, bo myślę, że to właśnie jest esencją nauczania! Jeśli traktujemy edukację inaczej, to szkoła staje się przechowalnią dla dzieci, albo nawet więzieniem. Uczy się w niej przypadkowe dzieci, które trafiły tam z ulicy, ale się ich nie kształci.

Dlatego tak wiele przykładów, które podaję w książce, to szkoły z trudnych obszarów, gdzie ludzie są ubodzy, a odsetek bezrobotnych wysoki. Absolutnie nie chcę powiedzieć, że to, co proponuję, sprawdza się tylko w ładnych dzielnicach zamieszkałych przez klasę średnią.

W różnych szkołach występują różne problemy, takie jak brak zaangażowania uczniów, słabe wyniki w nauce, niskie morale nauczycieli i wiele innych. Dlatego twierdzę, że powinniśmy dostrzec, iż edukacja to bardzo złożony proces. Jeśli zrozumiemy tę złożoność i podejdziemy do niej w sposób dostosowany do konkretnych okoliczności, to możemy te problemy rozwiązać. Ale jeśli patrzymy na edukację jak na proces zniewalania, w którym dzieci muszą siedzieć prosto i czekać, aż się im powie, co mają robić, to taki system staje się przyczyną wielu problemów.

Skoro sądzisz, że w edukacji najważniejsi są uczeń i nauczyciel, to czy można określić najistotniejsze cechy nauczyciela?

Zdecydowanie tak. Poświęciłem temu cały rozdział w książce, zatytułowany „Sztuka nauczania”. Uważam, że nauczanie rzeczywiście jest formą sztuki. W takim sensie, że wymaga umiejętności, biegłości i osądzania własnych działań. To trochę tak, jak bycie doskonałym lekarzem albo prawnikiem. Trzeba mieć ogromną wiedzę, ale trzeba też umieć zastosować tę wiedzę w przypadku konkretnych osób.

Jedną z najważniejszych ról nauczycieli jest inspirowanie uczniów do nauki. Dzieci mają fantastyczną zdolność do uczenia się (zresztą wszyscy ją mamy), ale, jak na ironię, to właśnie proces nauczania zaczyna tę zdolność osłabiać. Nie ma w tym z resztą nic dziwnego – jeśli sadza się dzieci w rzędach na wiele godzin i stara się nauczyć ich materiału stojąc z przodu sali, to trudno oczekiwać innych rezultatów.

Sam chodziłem do szkoły i pamiętam to uczucie, kiedy nie mogłem doczekać się dzwonka, żeby rozprostować nogi i wreszcie zrobić coś innego.

Kiedy wspominam swoich nauczycieli, to byli między nimi tacy, którzy mieli w sobie coś niezwykłego, niecodzienną osobowość i wielką pasję do swojego przedmiotu – to mnie intrygowało.

Nie ma jednego, idealnego typu osobowości nauczyciela. Chodzi o płomień pasji do tego, czego uczą i o siłę, by przekazać to uczniom. Jest przecież wielu ludzi, którzy mają ogromną wiedzę z jakiegoś przedmiotu, ale nie potrafią jej przekazać – brakuje im pewnego rodzaju energii i entuzjazmu, by pobudzić ciekawość innych. Dlatego zawsze powtarzam, że w edukacji nie chodzi o uczenie przedmiotu, tylko o uczenie uczniów.

Jedną z najważniejszych ról nauczyciela jest więc inspirowanie. To oczywiście nie oznacza, że musi wchodzić codziennie do klasy i robić imprezę. Jedni z najlepszych nauczycieli, jakich znam, byli niezwykle cisi i spokojni. Po prostu mieli w sobie coś, co wzbudzało moje zainteresowanie.

Po drugie: nauczyciel musi umieć wzbudzić szacunek. Nie da się uczyć, jeśli dzieci nie słuchają. To wielka sztuka, którą nauczyciele muszą opanować: by uczniowie ich słuchali dlatego, że są zainteresowani, a nie dlatego, że zostaną ukarani, jeśli nie będą uważali.

Wspaniali nauczyciele często są także wspaniałymi mentorami, potrafią umocnić swoich podopiecznych. W książkach o żywiole opowiadam wiele historii osób, które odkryły swoje talenty dlatego, że nauczyciel coś w nich dostrzegł, dał możliwości, których inaczej by nie miały. Powiedział: „Możesz to zrobić”. Bardzo często nie znamy swoich talentów, albo przyjmujemy je za oczywiste.

Wspaniali nauczyciele są więc często osobami, które otwierają przed nami drzwi. Dlatego mówię, że to bardzo złożona praca. Ludziom, którzy nigdy tego nie robili wydaje się, że wystarczy wejść do klasy, wyłożyć temat, a na koniec dnia ocenić wypracowania. Oczywiście może to tak wyglądać, ale nie tak pracują wspaniali nauczyciele.

Chciałbym odejść na chwilę od edukacji, bo odkąd zobaczyłem twoją prelekcję na konferencji TED nurtuje mnie pewne osobiste pytanie: dlaczego właściwie przenieśliście się z pięknej Anglii do Los Angeles? W wystąpieniu mówiłeś, że to przez Sarę, dziewczynę twojego syna. Naprawdę?

(Śmiech)… to był żart. Ale ciągle czekam, aż dostanę od niej sms-a: „Do cholery. Zrujnowałeś mi życie”.

Wystąpienie obejrzało już ponad 300 milionów ludzi, spodziewam się, że napisała tego sms-a już dawno…

Jeszcze nie… Tak naprawdę przenieśliśmy się, bo w 2001 roku zostałem zaproszony przez Getty Center [oddział Getty Trust, jednej z największych na świecie instytucji zajmujących się sztuką, w ramach której działa m.in. muzeum i instytut badawczy – przyp. A.B.], żeby wykonać dla nich pewien projekt. Uznałem, że to bardzo ciekawe zadanie. Czasem w życiu nowa możliwość pojawia się w odpowiednim momencie i uznajesz, że chcesz ją wykorzystać. W Wielkiej Brytanii ukończyłem całą serię projektów: w 1997 roku zostałem poproszony przez rząd Wielkiej Brytanii, by opracować strategię dla systemu edukacji. Zebrałem grupę ludzi i pracowaliśmy nad tym przez około rok. Napisaliśmy raport zatytułowany All our Futures. Creativity, Culture and Education, który okazał się bardzo znaczący.

Potem poproszono mnie, bym zrobił coś podobnego w Irlandii Północnej. Tam też opracowaliśmy strategię dotyczącą rozwijania kreatywności. W tym samym czasie byłem też wykładowcą na Uniwersytecie Warwick, gdzie pracowałem przez dwanaście lat.

Oczywiście nie musieliśmy wyjeżdżać, mogłem wykładać w Warwick do końca życia, ale byliśmy po prostu gotowi na nową przygodę. W Ameryce dokonywały się wtedy ważne przemiany w edukacji i uznaliśmy, że możemy się tam przydać. Nie zakładaliśmy, że wyjeżdżamy na zawsze.

To jak to było z Sarą?

Rzeczywiście James był zły, że musiał zakończyć związek, a my nie uważaliśmy, że to była dla niego najlepsza kandydatka, ale nie było tak źle, żebyśmy z tego powodu musieli wyjeżdżać z kraju.

Mówisz, że nie zakładaliście wyjazdu na zawsze. Zatem planujecie wrócić? Trochę tęsknimy za wami w Europie…

(Śmiech) Jeszcze nie wiemy, czy zostaniemy w USA na zawsze! Nasza córka mieszka w Londynie i pracuje teraz nad dużym projekcie edukacyjnym, który dotyczy Finlandii. Razem z żoną wracamy do Europy dwa lub trzy razy w roku. I jesteśmy Europejczykami. Tu dorastaliśmy i to Europa nas ukształtowała. Bardzo angażuję się w to, co dzieje się w Europie i chcę spędzać tam więcej czasu.

Dwie książki poświęciłeś temu, co nazywasz odkrywaniem własnego Żywiołu. Właśnie zostałem rodzicem i zastanawiam się, czy udało ci się pomóc własnym dzieciom w odkryciu ich prawdziwych talentów i pasji? Czy James i Kate są w swoim Żywiole?

Odkrywanie swojego Żywiołu to proces. Dla rodziców jest on szczególnie skomplikowany, bo każde dziecko jest inne. Moje zdecydowanie różnią się od siebie. Dlatego staraliśmy się im uważnie przyglądać, i to właśnie zalecam zarówno w książce Odkryj swój Żywioł, jak i w Kreatywne szkoły.

Często zakładam się z ludźmi, którzy mają więcej niż jedno dziecko, że ich pociechy są od siebie całkowicie różne. Zawsze wygrywam, bo zwyczajnie tak jest. James i Kate pod pewnymi względami są do siebie bardzo podobni, ale pod innymi nie mogliby się bardziej różnić.

Kate w dzieciństwie kochała balet, a dodatkowo potrafiła świetnie pisać i miała wspaniałe oko do wzornictwa i do kolorów. Ma także szczególny dar do organizowania wydarzeń. Zorganizowała na przykład spore wydarzenie dla Royal Opera House. James natomiast ma problem ze zorganizowaniem sobie pizzy. Jego talenty leżą gdzieś indziej. Jest naprawdę dobrym aktorem, ma szczególny talent do komedii, świetnie czuje się i porusza na scenie, jest niezwykle zabawny i bardzo lubi występować. Interesuje się także filozofią i teologią.

Dlatego jedyne, co możesz zrobić – będąc rodzicem czy nauczycielem – to stwarzać możliwości. Możesz wspierać, zachęcać czy krytykować, kiedy jest taka konieczność (bo nie uważam, żeby pozostawianie całkowitej swobody było jedynym słusznym podejściem. Myślę, każde dziecko potrzebuje także, żeby wyznaczać mu granice).

Wszystko sprowadza się więc do znalezienia najlepszych warunków dla konkretnego dziecka. Bardzo często to, co sprawdzało się w przypadku Jamesa, nie sprawdzało się u Kate i odwrotnie.

A jaką szkołę dla nich wybraliście?

James i Kate pewien czas chodzili do tej samej szkoły, ale zdaliśmy sobie sprawę, że o ile sprawdza się ona dla Jamesa, to nie dla Kate, dlatego przenieśliśmy ją do innej placówki. Zawsze staraliśmy się umacniać dzieci we właściwy dla każdego z nich sposób i codziennie zastanawialiśmy się, co w tym momencie będzie dla nich najlepsze.

Być może cię zdziwi, że w wieku szesnastu lat całkowicie zabraliśmy Kate ze szkoły. Koncentrowano się tam przede wszystkim na przygotowaniu uczniów do studiów, a sposób nauki zupełnie nie odpowiadał jej temperamentowi i widzieliśmy, że czuje się w niej coraz gorzej, dlatego postanowiliśmy ją przenieść. Ale okazało się, że w nowej szkole też nie czuła się dobrze. Więc usiedliśmy przy stole i powiedzieliśmy:

– Wiesz, możesz zostawić szkołę, jeśli chcesz…

Zapytała: – Jak to?

– Po prostu. Jeśli nie chcesz, nie musisz chodzić do żadnej szkoły.

Wyglądała, jakby właśnie wypuścili ją z więzienia. Zapytała:

– To co mam robić?

– Możesz pracować, możesz uczyć się sama, możesz spróbować dostać się na studia, możesz wrócić do Anglii… Jedyną rzeczą, której nie możesz robić, to przez cały dzień leżeć w łóżku oglądając telewizję.

Choć prawda jest taka, że w ogóle nie było takiego zagrożenia, ponieważ była na to zbyt energiczną i angażującą się osobą. Ostatecznie wspólnie opracowaliśmy dla niej plan, dostała się na staż w wytwórni muzycznej w Los Angeles, potem dostała pracę w Pacific Design Center [ogromny obiekt zlokalizowany w Hollywood, przeznaczony do użytku projektantów – przyp. A.B.]. Po roku prowadziła już stronę internetową, w ramach której opiekowała się studentami bezpłatnych studiów podyplomowych.

Po kolejnym roku stwierdziła, że jednak chce studiować i poszła na Community College. Przeniosła się do Nowego Jorku i zaczęła pracować z małymi dziećmi. Teraz mieszka w Londynie i pracuje przy dużym projekcie edukacyjnym.

Dziś rodzice mają coraz więcej możliwości wybierając placówkę dla swoich dzieci. Gdybyś dziś miał posłać swoje dzieci do szkoły, jaką byś wybrał?

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że nie każdy może wybrać szkołę dla swoich dzieci. Nie każdy może pewnego dnia stwierdzić: „Przenoszę dzieci do innej szkoły”. To zależy od bardzo wielu czynników. Dla wielu dzieci szkoły publiczne są jedyną możliwością, dlatego musimy starać się uczynić je jak najlepszymi.

Rodzice mają różne możliwości wspierania dzieci w nauce, temu także poświęcam w książce osobny rozdział. Mogą na przykład współpracować ze szkołą, by wpływać na sposób, w jaki uczy się ich dzieci, mogą postanowić więcej pracować z dziećmi w domu, by dać im możliwości, których być może w szkole nie dostają. Każdy przypadek jest inny.

Jeśli jednak miałbym wybierać szkołę dla swoich dzieci, poszukałbym takiej, która realizuje szeroki i zróżnicowany program nauczania, bo uważam, że w wieku sześciu czy siedmiu lat dzieciom powinno się zapewnić równowagę przedmiotów ścisłych, humanistycznych, sztuki i aktywności fizycznej. I nie mam na myśli tylko sportu, chociaż jest bardzo ważny, ale także choćby taniec. Taniec jest niezwykle ważny w edukacji każdej osoby. Jesteśmy istotami cielesnymi. Jednym z największych problemów szkół jest to, że dzieci całymi godzinami i całymi dniami siedzą w ławkach.

W książce Oblicza Umysłu piszę o tym, że sztuka i nauka nie są rozłącznymi dziedzinami. Trzeba zatem zrozumieć, że różne rzeczy pojmujemy w różny sposób i w różny sposób ich doświadczamy.

Przy wyborze interesowałaby mnie jednak nie tylko różnorodność programu, ale także kultura i atmosfera samej placówki. Niezwykle ważni są ludzie, którzy w niej pracują i w niej przebywają.

Ludzie pytają mnie czasem, czy zalecałbym szkoły Montessori, Waldorfskie albo demokratyczne. Maria Montessori była niezwykłą wizjonerką i opracowała wspaniały system kształcenia dzieci. Więc odpowiadam: „Co do zasady to dobry wybór. Ale odwiedź konkretną szkołę, poznaj nauczycieli, porozmawiaj z dyrektorem i zobacz, jakie odniesiesz wrażenie”. To trochę jak z muzyką. Ktoś cię pyta, czy lubisz konkrety utwór, a ty odpowiadasz: „no tak, ale zależy, kto go gra”.

Nie ma gwarancji, że jedna szkoła Montessori będzie równie dobra jak inna. Mogą stosować te same metody, ale pracują tam inni ludzie. Rozeznanie czynnika ludzkiego jest bardzo ważne.

Dziś jest także ważne, by rodzice rozumieli, że nasze dzieci żyją w bardzo skomplikowanych środowiskach i społecznościach. Coraz więcej informacji znajduje się w Internecie, coraz więcej ludzi walczy o ich uwagę. Pod wieloma względami dorastają o wiele szybciej, a także muszą radzić sobie z o wiele większą presją niż poprzednie pokolenia. Kiedy ja wracałem ze szkoły, to w domu nie było nawet telefonu. Dziś dzieci mają dostęp do Internetu dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.

Dlatego, jeśli chodzi o wybór szkoły, należy kierować się pewnymi zasadami, ale nie ma wzorca. Trzeba być świadomym, że to rodzaj kreatywnego działania. Całe rodzicielstwo z pewnością się do takich zalicza.

Twój agent literacki mówi, że Kreatywne szkoły to dzieło twojego życia. Tak uważasz?

(Śmiech). To jego słowa. Ale jest w nich ziarno prawdy. Znaczna część tego, co robiłem w życiu, dotyczyła edukacji. Wielu ludzi poznało mnie przez prelekcję na konferencji TED, ale prawda jest taka, że byłem na świecie o wiele wcześniej. Właśnie przenoszę się do innego biura i przerzucam pudła dokumentów związanych z poprzednimi projektami, nad którymi pracowałem. Jest tego sporo. I wiele o tym napisałem, na przykład w książce Oblicza Umysłu czy w swojej pierwszej książce, Learning Through Drama.

Kiedy pisałem książki o żywiole, to chciałem zająć się kwestią, którą uważam za jedną z najważniejszych, czyli naturą naszych talentów, uzdolnień, pasji, a także tym, co pozwala ludziom znajdować sens w życiu i nadawać mu znaczenie. Uświadomiłem sobie, że ludzie bardzo często nie znajdują w życiu spełnienia i nie wykorzystują w pełni swojego potencjału. A na dodatek to właśnie zróżnicowanie naszych talentów i uzdolnień doprowadziło do powstania tak wielu kultur i społeczności, w jakich dziś żyjemy. To jest bardzo silnie związane z edukacją i zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę edukacja interesuje mnie najbardziej.

Napisałem dotychczas wiele strategii i programów dla ludzi pracujących w edukacji, ale nie napisałem wcześniej książki, która byłaby jak Uchwycić Żywioł dla edukacji. Takiej, w której niejako wyłożyłbym swoją koncepcję bardziej ekologicznego podejścia i ekologicznej metafory dla edukacji.

Więc w tym sensie to prawda, że Kreatywne szkoły to moje wielkie dzieło. Napisanie jej było dla mnie jak zadanie domowe. Ale czy to moje ostatnie słowo? Myślę, że nie. Jest jeszcze wiele rzeczy dotyczących edukacji, o których chciałbym napisać. Jak piszę we wstępie, prawie każdy rozdział Kreatywnych szkół nadawałby się do rozwinięcia w osobnej książce.

Ludzi, których interesuje edukacja, zawsze zachęcam, by zajrzeli do raportu All Our Futures, który bardziej zagłębia się w niektóre kwestie. Co prawda dotyczy on Wielkiej Brytanii, ale wiele myśli jest uniwersalnych.

Z powodów, o których powiedziałem, książkę Kreatywne szkoły pisało mi się o wiele trudniej niż Uchwycić Żywioł. Paradoksalnie, bo przecież tę materię znam lepiej. Ciągle mówiłem sobie: „Przecież nie muszę tego pisać, to oczywiste”. Czasem trudniej mówić o rzeczach, które są nam bliskie niż o tych, w stosunku do których stoimy nieco z boku.

A nad czym teraz pracujesz?

Teraz chciałbym napisać książkę o innowacyjności i organizacjach. To także materia, która jest mi bardzo bliska. Niedługo zacznę nad nią pracę.

Życzę zatem powodzenia w nowym projekcie i bardzo dziękuję za rozmowę.

Tekst w Czytaj and tagged , , .