Mam talent?

Zaczęłam się nad tym zastanawiać oglądając początek już 6. edycji (nie wiem, kiedy to zleciało) programu „Mam talent”. Program, emitowany w Polsce od 2008 r., a w Stanach Zjednoczonych od 2006 r., który doczekał się odsłon w 50. różnych krajach – trwa nadal. Co więcej, wciąż bawi, wzrusza, zaskakuje. Mam wrażenie, że jako jeden z nielicznych tego typu programów zachował swoją „świeżość”, oryginalność. Nie ze względu na fabułę, dobrych czy złych jurorów, dowcipnych czy zaczepnych prowadzących, ale ze względu na uczestników. Na ludzi, którzy przychodzą podzielić się swoimi zdolnościami, a często prawdziwymi talentami. 

Do programu przychodzą najróżniejsi ludzie. Przychodzą osoby pewne siebie – pewne tego, że to, co robią jest naprawdę dobre i warte uwagi (niestety, przy blasku fleszy nie zawsze tak to wygląda), ale także osoby „niepozorne”, niepewne tego, co im w środku duszy gra, pełne lęku przed odkryciem. Wszystkich ich jednak łączy miłość do tego, co robią. 

Mnie chyba najbardziej urzekają właśnie te „niepozorne” osoby. Te, które wcale nie wyglądają, po których człowiek nie spodziewa się drzemiącego talentu. Jak to się „nie spodziewa”? No właśnie, wracamy do punktu wyjścia. Każdy ma wrodzone zdolności, które może w sobie rozwinąć, które może zamienić w talent. Wierzę w to głęboko, ale czasem sama się na tym łapię, że: przepraszam – nie spodziewałam się. Bardzo łatwo o tym zapominamy, przez co odbieramy innym, a zarazem sobie wiarę w to, że możemy być w czymś naprawdę dobrzy, wyjątkowi. A czasami wystarczy chwila – nawet nie 5 minut, tylko 2, kiedy ktoś zaśpiewa, zagra, zatańczy, zacznie swój pokaz i wybucha salwa śmiechu, albo zapada głęboka cisza pełna napięcia, lub następuje ukradkiem chowanie łez, aż w końcu owacja na stojąco. Talent. Prawdziwy talent.

Od czego się zaczyna? Czasami od marzenia, wielkiej fascynacji – tak jak w przypadku Tatiany Galitzine’y, która zaczarowała wszystkich animacją piaskową – a czasami od poczucia pewności, że to jest „to”. Tylko tej pewności, mam wrażenie, jest w nas bardzo mało. Co robić? Spodobało mi się zdanie jednego uczestnika, Marka Borna, który od siedmiu lat trenuje Freestyle: „Nie urodziłem się artystą, ale robię wszystko, żeby nim być”.

Parę tygodni temu rozpoczęliśmy cykl wywiadów „Uchwyceni w Żywiole” – przy tych spotkaniach słyszeliśmy o podobnych początkach, wątpliwościach. Gdybym miała zrobić małe podsumowanie naszej pracy, a także skomentować jednym zdaniem ten program, powiedziałabym: warto się pokazywać z tym czymś, co tkwi w nas w środku, co nie daje spokoju po nocach, z tym, co się kocha. Warto się „odkrywać”, by odnaleźć pewność, że podąża się w dobrym kierunku. 

Tekst w kategorii: Aktualności.