Odwaga

Chociaż minęło już kilka lat, mam przed oczami dokładny obraz pewnego miejsca i ludzi, którzy zgodzili się otworzyć swój dom przede mną i moimi przyjaciółmi. Pamiętam, że przemierzając odcinek alejki pomiędzy bramą a drzwiami – z przyciężkawym plecakiem – przeszła przez moją głowę myśl, że chyba nic ciekawego już się nie wydarzy i że szybko będę mogła się położyć, o czym marzyło mi się po cichu. Jednak za pozornie zwykłymi drzwiami czekały na nas niezwykłe historie. Starsze małżeństwo, na emeryturze, z niewielkimi oszczędnościami, mogłoby się niczym nie wyróżniać, gdyby nie sposób korzystania z wolnego czasu. Przy ciepłej herbacie usłyszeliśmy o ciekawych podróżach po Chinach, Kubie, Brazylii… Zwyczajni, bo podobnie jak większość emerytów nie mają dużo, niezwyczajni, bo pomimo wieku, słabej znajomości języka podróżują i cieszą się życiem.

Teresa Bancewicz w wieku 62. lat postanowiła spełnić swoje marzenie. Pojechała samotnie autostopem do Skandynawii . Nocowała u przypadkowych osób, w szkołach, schroniskach młodzieżowych, a żeby zarobić na jedzenie sprzedawała własnoręcznie wykonywane kartki okolicznościowe. Każdego roku we wrześniu ruszała w kolejną podróż. Na dwa tygodnie przed wyjazdem pakowała plecak i przez pół godziny dziennie chodziła po podwórku, żeby nabrać kondycji. W jej plecaku można było znaleźć od 8. do 10. kg płatków zbożowych i mleka w proszku, co wystarczało, według jej obliczeń, na dwa posiłki dziennie przez dwa miesiące. Odwiedziła Amerykę Północną, Afrykę Północną i Azję. Przekonuje o tym, że 72 lata dla kobiety to żaden wiek. Przygody – zwłaszcza te niebezpieczne – nie zniechęciły jej:

Coś złego może mi się przydarzyć wszędzie. A w każdej chwili może przyjść jakaś starcza choroba. Póki mogę, chcę doświadczyć jak najwięcej.

Warto też wspomnieć o studentach trzeciego wieku, dziadkach, którzy uczą się języków. Czy też o niezwykłym duecie polskich himalaistów: ojca Jerzego (ur. 1931) i syna Pawła (ur. 1973) Michalskich. Pomimo różnicy wieku wspinali się ramię w ramię, by zdobyć wspólnie Koronę Ziemi (zabrakło ostatniego szczytu – Mount Everest). Jerzy Michalski w latach sześćdziesiątych był jednym z najsławniejszych polskich alpinistów, a także pionierem zimowej wspinaczki. Zaraził syna pasją, o czym sam wspomina. Po wspólnym podboju Mont Blanc, gdzie walczyli w ciężkich warunkach, żeby wiatr nie zepchnął ich w przepaść, Paweł Michalski zapytał się ojca, czy nie zaatakuje z nim Korony Ziemi. I tak zaczęła się wspólna wędrówka. Nowa przygoda w zupełnie innym stylu. Wyprawa na Kilimandżaro w Afryce oraz Piramidę Carstensz na Nowej Gwinei zachwyciła egzotyką, spacerem okazało się wejście na australijską Górę Kościuszki. Przy kolejnej wyprawie McKinley na Alasce pokazał „pazura”, gdy przez blisko miesiąc uniemożliwiał zdobycie szczytu, jednak gdy w końcu pokazało się zielone światło, wejście i zejście trwało jedynie 8 godzin. Trudności przysporzył również Mount Vinson na Antarktydzie, gdzie przez kilka tygodni czekali na bezwietrzną pogodę, aby mógł wystartować samolot, który miał ich dowieźć do podnóży góry – kolejna lekcja cierpliwości. Ramię w ramię, ojciec z synem, udowadniali, że odwaga nie liczy lat.

Jednak co ich wszystkich łączy?

Po raz kolejny pasja, która pomaga w przezwyciężaniu przeciwności napotykanych na drodze. Kreatywność, która zmusza do poszukiwania rozwiązania. Dlaczego właśnie ona? Pozwolę sobie przytoczyć słowa Kena Robinsona:

Prawdziwa kreatywność pochodzi ze znalezienia swojego środka wyrazu, z bycia w swoim żywiole. Kiedy ludzie znajdują swój środek wyrazu, odkrywają swój prawdziwy potencjał kreatywności i „przychodzą do domu”. Prawdziwa kreatywność nie jest tylko kwestią odpuszczania sobie, ale także wytrwania.
Tekst w kategorii: Aktualności.