(…) Matt zawsze dobrze radził sobie w szkole, miał dobre oceny i zdawał wszystkie ważne testy. Był jednak ogromnie znudzony. Żeby się rozerwać, zaczął rysować na lekcjach. Rysowałem bez przerwy – powiedział mi. – Stałem się tak dobry w rysowaniu, że potrafiłem rysować bez patrzenia, tak, że nauczyciele myśleli, że uważam. Lekcja sztuki była dla niego okazją, żeby całkowicie oddać się swojej pasji. Kolorowaliśmy w kolorowankach, a ja uświadamiałem sobie, że nie potrafię kolorować w liniach. O nie, nie mogę się tym przejmować!
Kiedy poszedł do szkoły średniej, wszystko to przeskoczyło na wyższy poziom. Na lekcjach sztuki inne dzieci zwyczajnie sobie siedziały, nauczyciel był znudzony, a przybory po prostu leżały, nikt ich nie używał. Więc rysowałem tak dużo, jak tylko mogłem – trzydzieści rysunków na jednej lekcji. Patrzyłem potem na każdy rysunek, na to, jak wyglądał, i nadawałem mu tytuł. «Delfin w wodorostach». Dobrze! Następny! Pamiętam, że rysowałem tony rysunków, aż w końcu zdali sobie sprawę, że zużywam tyle papieru, że trzeba mnie powstrzymać.